Clubber.pl

Clubbing, dobra muzyka i zabawa z Clubber.pl

Menu

Zmień Miasto
Wyszukaj zasoby portalu

2008: HERCULES W KAŻDEJ KATEGORII

Utworzony: 2009-01-31

Ostatnia modyfikacja: 2009-02-06

PODSUMOWANIE 2008
(Tomek Rawski)

Dwa słowa charakteryzujące mój odbiór muzyki w tym roku - selektywność i ignorancja. Najpierw o selektywności. Kiedy chciałem przypomnieć sobie 10 najlepszych albumów minionego roku, dotarło do mnie, że ledwo jestem w stanie wypisać tyle płyt, które przesłuchałem od początku do końca. W pogoni za nowymi brzmieniami, artystami i trendami, zwyczajnie przestałem słuchać całych longów. Codziennie przesłuchuję dziesiątki utworów na portalach sprzedających muzykę, codziennie kupuję kilka utworów, właściwie nigdy nie kupuję całych płyt. Wybieram tylko te kawałki, które podobają mi się bardzo, odpuszczam te, które podobają mi się tylko trochę. Dlatego patrząc na dziesiątkę moich ulubionych albumów, superkrytycy stwierdzą: nuda. Ale tak naprawdę moimi ulubionymi artystami w tym roku byli Holy Ghost!, Ashley Beedle, Solomun, Henrik Schwarz i Neighbour, tyle że ich twórczość ograniczała się do singli, EP-ek oraz remiksów. Na płyty innych artystów szkoda mi czasu.
Drugi termin to ignorancja. Z jednej strony interesuje mnie muzyka i „nowości”, z drugiej – coraz więcej dźwięków, które są mi obojętne. Dlatego nie słuchałem Santogold, Ladyhawke, Friendly Fires, CSS, Hadouken!, Crystal Castles, Fleet Foxes itd. Nie interesują mnie, nie poruszają we mnie absolutnie niczego, czasem wręcz nie rozróżniam ich i jest mi z tym niezwykle dobrze, pławię się w niewiedzy. Ok, „Paris” to fajny kawałek i tyle. Ostatnio słuchałem w radiu koleżanki prowadzącej audycje o wydarzeniach kulturalnych, która z niezwykłą radością opowiadała o tym, że ona to „raz na pół roku wychodzi na miasto”. To zdaje się ten sam poziom profesjonalizmu.
Mimo kryzysu, rynek muzyczny i koncertowy ma się dobrze. Może nie stać was na kredyt mieszkaniowy czy samochód, ale cena biletu na koncert nie jest już zaporowa (choć bywają wyjątki), poza tym gdzieś trzeba zapomnieć o troskach ekonomii światowej, najlepiej właśnie na imprezach czy wystawach. Mimo że koncertów w ubiegłym roku mieliśmy zatrzęsienie, to publiczność stawiała się na nich licznie. A i polscy artyści wreszcie mają gdzie grać. Nie mówię, że od razu zarabiać, ale ilość klubów, dużych i małych festiwali jest olbrzymia, zatem nic tylko pakować gitary do rozklekotanego busa i ruszać w trasę. A skoro mowa o festiwalach, co większe miasteczko to impreza. Idąc za sukcesem gdyńskiego Open’era wszyscy chcą teraz mieć takie wydarzenie. Nie do końca tylko wiadomo, czemu większość z nich odbywa się w miejscach, do których trudno dojechać pociągiem, a czasem nawet samochodem. Boom potrwa zapewne jeszcze 2-3 lata, aż na rynku zostaną poważni gracze. Ale póki co, ruch festiwalowy trwa, młodzież ma gdzie się ukulturalnić, a i media mają o czym informować.
Na koniec ulubiony od kilku lat temat narzekań – clubbing. Słyszy się głosy, że imprezy już nie takie, że ludzie na nich tragiczni, że kluby niefajne, że mniej bookingów, a tak naprawdę nadal wszystko się toczy, didżeje grają, ludzie się bawią, a sama scena klubowa dorobiła się nowych gwiazd w postaci Hot Chip czy Justice. Widziałem występy obu formacji i mimo tego, że jedni raczej średnio prezentują się w konfrontacji z tłumem, a drudzy jedynie kiwają się nad laptopem, to absolutnie nikomu nie przeszkadza to w świetnej zabawie. Osobiście cieszę się, że z obu koncertów udało mi się ujść z życiem, bo jeżeli ktoś myśli, że na koncercie Sex Pistols podczas Open’era był tłok, to nie wiem, co powiedziałby na widok spadających z sufitu fanów Hot Chip.
Jedyna rzecz, która doprowadza mnie do szału, to nowa „ekipa didżejska„, która pojawiła się wraz z powstaniem blogów, kontrolerów midi, kolorowych koszulek i okularów z grubymi oprawkami. Nadeszły czasy, kiedy zamiast didżejów w klubach grają twórcy blogów. Imprezy rozkręcają teraz ludzie, którzy ekscytują się przyjazdem czwartoligowych didżejów w Nowego Jorku, Londynu czy Berlina. Kiedyś imprezowało się dla samej zabawy, teraz organizuje się party, by następnego ranka wrzucić zdjęcia na bloga. Spokojnie – baltimory, bejslajny i fidżety za chwilę znikną (takie już bezwzględne prawo muzyki klubowej), zgadnijcie co stanie się z ludźmi je grającymi, a pozbawionymi szerszych perspektyw muzycznych? No dobrze, może kilka faktów przejaskrawiłem, ale dzięki temu podsumowanie będzie ciekawsze, ale rok i tak bardzo udany!

PŁYTY ROKU
1. Jazzanova „Of All The Things” (Verve)

Nagle okazało się, że z eksperymentami wygrywają proste, ujmujące melodie.

2. Noze „Songs On The Rocks” (Get Physical)
Tom Waits i muzyka taneczna w jednym, dla mnie perfekcyjna kombinacja.

3. Hercules And Love Affair „Hercules And Love Affair” (DFA)
Nowojorskie disco na parkietach całego świata, historia lubi się powtarzać.

4. Erykah Badu „New Amerykah” (Motown)
Królowa powróciła, kolejny raz zachwycając swoją charyzmą.

5. Crazy P „Stop Space Return” (2020 Vision)
Każda kompozycja brzmi jak poprzednia, ale kosmiczna wycieczka z Crazy P jest niezwykle hipnotyzująca.

6. Butch „Papillon” (Great Stuff)
Jeszcze nie słyszałem tylu uczuć i emocji w muzyce techno.

7 .Kraak & Smaak „Plastic People” (Jalapeno)
Nowocześnie brzmiące rytmy funkowe i disco, hip hop, jazzowe eksperymenty, downtempo – wszystkiego można się było spodziewać, ale tak dobra płyta to jednak spore zaskoczenie.

8. Natural Self „The Art Of Vibration” (Tru Thoughts)
Nie jest to specjalnie spektakularny album, a jedynie dobra płyta na lato.

9. Afefe Iku „Artifacts Of Pottery Vessels” (Yoruba)
Ten album zawiera jeden z bardziej niezwykłych klubowych „przebojów” tego roku - „Mirror Dance”.

10. Jazz Liberatorz „Clin D’oeil” (Kif)
Album Francuzów nikogo nie zbawił, ale za to uzupełnił brak pozytywnego hip hopu we krwi, Q-Tip to nuda.


SINGLE/KAWAŁKI ROKU
1. Kraak & Smaak feat. Ben Westbeech „Squeeze Me” (Jalapeno)

Porywająca, melodyjna bomba taneczna, z bardzo dobrego albumu holenderskiej ekipy.

2. Munk „Live Fast! Die Old!” (Gomma)
Nie można nie zgodzić się z tytułem.

3. Recloose feat. Joe Dukie „Deeper Waters” (Sonar Kollektiv)
Bardzo relaksujący numer, takie nowoczesne „Sunshine Reggae”.

4. Agoria „Dust” (Different)
Dawno nie było tak ujmującej klubowej „piosenki”.

5. Afefe Iku „Movement” (Yoruba)
Czternastominutowa podróż przez głębiny deep house’u.


REMIKSY ROKU
1. Fan Death „Veronica’s Veil (Erol Alkan’s Rework)” (Italians Do It Better)

Erol wykazał się dużym wyczuciem i zwyczajnie nie zepsuł oryginału, za co wielkie dzięki.

2. Grace Jones „Williams Blood (Greg Wilson Version)” (Wall Of Sound)
Romantyczne i bardzo subtelne granie w wykonaniu króla disco z minimalną ilością przerażającej wokalistki.

3. Panthers „Goblin City (Holy Ghost! extended disco dub)” (Permanent Vacations)
Po sukcesie zaledwie jednego singla, Holy Ghost! skupili się na produkowaniu remiksów dla innych i zdecydowanie zajmuje im to zbyt wiele czasu.

4. Hercules And Love Affair „Blind (Frankie Knuckles Remix)” (DFA)
W tym roku nie było chyba sławniejszego remiksu.

5. Treasure Fingers „Cross The Dancefloor (Chromeo Remix)” (Fool’s Gold)
Podobno często gram ten utwór, więc chyba powinien znaleźć się w tym podsumowaniu.


DEBIUT ROKU
1. Vampire Weekend „Vampire Weekend” (XL)
Dzięki afrykańskim inspiracjom indie rock stał się nagle radosny i ciekawy, aż strach pomyśleć, co by było, gdyby polskie zespoły zaczęły słuchać innej muzyki niż ta, którą grają.

2. Hercules And Love Affair „Hercules And Love Affair” (DFA)
Disco powróciło w objęciach chłopców lubiących chłopców oraz dziewcząt lubiących dziewczęta. Podejrzana ekipa, ale jakże rozrywkowa.

3. MGMT „Oracular Spectacular” (Sony)
Wiem, że to dosyć oczywiste, ale musiałem umieścić w tym podsumowaniu autorów „Electric Feel”. Całej płyty najpierw nie przesłuchałem zbyt uważnie, a potem zgubiłem, ale wcześniej wspomniany singiel obok wampirycznego „Cape Cod Kwassa Kwassa” uważam za hit roku.


MUZYCZNE WYDARZENIE ROKU
Open’er Festival

Temu wydarzeniu podporządkowuję cały rok pracy, to trochę takie przygotowania przed olimpiadą, tyle że sportowcy mają 4 lata, a ja „tylko” 12 miesięcy. To wielkie wydarzenie pod względem logistycznym, muzycznym i międzyludzkim. Czy podczas Open’era oglądam koncerty? Raczej nie.

Audioriver
To taki coroczny środowiskowy rytuał – zbieranie się w piątkowe popołudnie, ustalanie trasy, ruszanie do Płocka (w tym roku na szczęście bez korków) i spędzenie czasu w miłym towarzystwie. Jeżeli chodzi o muzykę, to po pierwszym i jedynym dniu spędzonym w strefie znajdującej się koło sceny głównej, znienawidziłem drum’n’bass na cały następny rok. Za to scena techniczna i Josh Wink – mistrzostwo.

Warszawski koncert Hercules And Love Affair
Byłem sceptycznie nastawiony do tego koncertu, zresztą jak do każdego elektronicznego zespołu grającego „na żywo”, ale od pierwszej minuty okazało się, że szukałem dziury w całym. Dawno już nie uczestniczyłem w tak nieskrępowanej potańcówce.


POZAMUZYCZNE WYDARZENIE ROKU
Mój ślub

To wydarzenie nie znalazło odbicia w prasie krajowej, ale dla mnie było bardzo ważne. Zważywszy na pracę mojej małżonki zastanawiam się jedynie, czy przypadkiem nie podpada to pod kategorię Muzyczne Wydarzenie Roku.

Olimpiada
A raczej mój wewnętrzny bojkot olimpiady. Nie oglądałem, unikałem, grałem protybetańskie zespoły, nawoływałem i protestowałem. Z tego, co wiem, wygrał nasz – taki duży i brodaty.

Bitwy powietrzne
Jak absurdalna potrafi być polityka, okazało się w trakcie podniebnych wycieczek, sprzeczek i ucieczek prezydenta i premiera średnio ważnego państwa na wschód od Odry.

Komentarze

  • 2009-02-10 10:01 - hercules,

    uadnie tomus:)

Dodaj komentarz

Dodanie komentarza

Pola oznaczone [*] są wymagane.