Szkoda bowiem, że te ciekawe zabiegi aranżacyjne mają względnie tani cel: wzbudzenie poczucia smutku i alienacji. To sprytny szantaż emocjonalny. Album ukazuje się w idealnym momencie, by spełnić funkcję ścieżki dźwiękowej do jesiennego spleenu wielu nastolatków tego świata – w duchu dołujących numerów Jesus And Mary Chain i takich tuzów depresyjnego grania, jak The Cure czy - z nowszych - Interpol. Od utalentowanych i jak rzadko kiedy świadomych debiutantów oczekiwałbym czegoś więcej, niż obowiązkowego dryfowania „w klimat”. Na szczęście nadzieją są szeroko rozumiane „popowe” inspiracje grupy – dumnie deklarowane w materiałach promocyjnych i (bardzo) powoli przenikające do jej estetyki (tu najmocniejszymi dowodami pozostają: bonusowa przeróbka piosenki „Hot Like Fire” z repertuaru nieżyjącej już gwiazdy komercyjnego r&b - Aaliyah, i numer „Infinity”, będący de facto przyczajonym plagiatem „Wicked Game” Chrisa Isaaka).
Gdyby xx zapragnęli w tym kierunku rozegrać swoje dalsze poczynania, mogą się stać długo oczekiwaną rewelacją „ponad podziałami”, łączącą rytmy i paletę dźwiękową chartsów z wrażliwością i inteligencją rodem ze sceny niezależnej. Czy środowiska, subkultury i style wymieszały się już na tyle solidnie, że taka hybryda jest możliwa? Druga płyta pokaże jakiego kalibru to zjawisko.
Borys Dejnarowicz



