Przemiany dopełnia najnowsze „Tongue N’ Cheek”. To już zupełnie inny Dizzee: swawolny imprezowicz, otwarcie deklarujący hedonizm, w niewybredny sposób odnoszący się do zagadnień damsko-męskich (bez żadnego szerszego kontekstu – just for fun!), czerpiący z życia tyle, ile się da. Szczęśliwie ten image został odpowiednio wsparty mocarną warstwą muzyczną. Nigdy wcześniej Dizzee nie oddał w całości sterów producenckich innym. Tu odważnie postawił na sławy muzyki klubowej: Armanda Van Heldena, Calvina Harrisa czy (tak, tak!) Tiësto. Puryści będą kręcić nosem widząc te nazwiska, ale powinni spać spokojnie: cała ekipa spisała się na medal. Single „Bonkers”, „Dance Wiv Me”, „Holiday” i „Road Rage” to po prostu parkietowe wymiatacze wzbogacone jak zwykle porywającą nawijką mistrza ceremonii. A i spokojniejsze numery – jak produkowany przez Cage’a „Chillin’ Wiv Da Man Dem” – wzbogacają tracklistę, pozbawioną właściwie wypełniaczy.
Patrząc na wyniki sprzedaży, cały manewr – w sensie powodzenia komercyjnego (już ukazało się pięć singli z płyty) – wyszedł też Millsowi na dobre. Oby tylko przy następnych albumach nadal umiał zaskakiwać, bo nic dziś nie cieszy, jak wykonawca, który wciąż ma na siebie świeży pomysł.
Borys Dejnarowicz



