Clubber.pl

Clubbing, dobra muzyka i zabawa z Clubber.pl

Menu

Zmień Miasto
Wyszukaj zasoby portalu

Ocena internautów: 0( głosy)

Oceń

Dizzee Rascal

Tongue N' Cheek

XL/Sonic

dizzee-rascal-tongue-n-cheek.jpg

Ocena redakcji: 4

Co najbardziej zaskakuje i fascynuje mnie w postaci Dizzee’ego? Ewolucja jego wizerunku. Debiutował jako „cudowne dziecko” rodzącej się sceny grime, londyńskiej odmiany hip-hopu, wyrastającej wprost z eksperymentów muzyki tanecznej – drum’n’bassu, dancehallu czy 2-stepu. Jako nastolatek, już na debiutanckiej „Boy In Da Corner” serwował niewybaczalnie dojrzałe i dramatyczne wersy, będące zapisem zmagania się z problematyką egzystencjalną. Głębia tych obserwacji, w tak młodym wieku, zwyczajnie miażdżyła. Wrażenie potęgował rozpoznawalny wokal tego chłopaka – histeryczny, płaczliwy, jęczący, bolesny, ale momentami dziwnie chwytliwy i efektowny. Wątki wczesnej sławy podejmował mroczny, nieprzystępny, ambitny album „Showtime”. Ale już wcześniej, w 2003 roku. Dylan Mills (prawdziwe nazwisko artysty) gościnnie rapował u Basement Jaxx w przebojowym „Lucky Star”. W rezultacie zmagań dwóch tendencji – smutnej i radosnej, tragicznej i komicznej, „serio” i „na luzie” – górę u Rascala wzięła wreszcie jasna strona mocy. Potwierdzał to zadłużony w „oldschoolowej” tradycji hiphopowej krążek „Maths & English”.
Przemiany dopełnia najnowsze „Tongue N’ Cheek”. To już zupełnie inny Dizzee: swawolny imprezowicz, otwarcie deklarujący hedonizm, w niewybredny sposób odnoszący się do zagadnień damsko-męskich (bez żadnego szerszego kontekstu – just for fun!), czerpiący z życia tyle, ile się da. Szczęśliwie ten image został odpowiednio wsparty mocarną warstwą muzyczną. Nigdy wcześniej Dizzee nie oddał w całości sterów producenckich innym. Tu odważnie postawił na sławy muzyki klubowej: Armanda Van Heldena, Calvina Harrisa czy (tak, tak!) Tiësto. Puryści będą kręcić nosem widząc te nazwiska, ale powinni spać spokojnie: cała ekipa spisała się na medal. Single „Bonkers”, „Dance Wiv Me”, „Holiday” i „Road Rage” to po prostu parkietowe wymiatacze wzbogacone jak zwykle porywającą nawijką mistrza ceremonii. A i spokojniejsze numery – jak produkowany przez Cage’a „Chillin’ Wiv Da Man Dem” – wzbogacają tracklistę, pozbawioną właściwie wypełniaczy.
Patrząc na wyniki sprzedaży, cały manewr – w sensie powodzenia komercyjnego (już ukazało się pięć singli z płyty) – wyszedł też Millsowi na dobre. Oby tylko przy następnych albumach nadal umiał zaskakiwać, bo nic dziś nie cieszy, jak wykonawca, który wciąż ma na siebie świeży pomysł.

Borys Dejnarowicz

Komentarze

Dodaj komentarz

Dodanie komentarza

Pola oznaczone [*] są wymagane.