A tym razem nie jest lepiej. Nazwać „Relapse” kompaktem wypełnionym prawie po brzegi dłużącymi się w nieskończoność reminiscencjami z kariery Eminema, to dać mu najniższy wymiar kary. Mamy do czynienia z drętwą autoparodią, lecz od razu śpieszę wyjaśnić, że chyba niezbyt zamierzoną (jeśli ktoś odbił piłeczkę, że śmianie się z samego siebie to ulubiona zabawa Mathersa). Kilka momentów o jakimkolwiek potencjale (na przykład niespodziewanie wciągający w warstwie muzycznej „Same Song And Dance”) to raczej wyjątki, które nie zmienią ogólnego obrazu. Najwyraźniej Em sądzi, że świat potrzebuje kolejnej dawki ponurych, pogrzebowych, zawiesistych bitów i prześmiewczych opowiastek podanych podniesionym, parodystycznym głosem (nawet szykuje już „Relapse 2” na drugą połowę roku.) Cóż, niby o to właśnie chodzi w postaci Eminema, ale nie bez powodu recenzenci sięgają czasem po określenie „odgrzewane kotlety”. Gdyby nie skity, jak zawsze największa siła rapera (kolejna kontynuacja kultowych wątków „Steve Berman” i „Paul”), to pewnie nic nie zapamiętałbym z tej płyty.
Borys Dejnarowicz



