Rodacy nie pokochali Louise Harman. Wyszczekana smarkula, na dodatek wychowana z trójką braci chłopczyca niekonieczne pasuje do wizerunku angielskiej lady. Za to oswojeni z gangsta rapem Amerykanie nie mieli problemu z zaakceptowaniem takiej dziewczyny. Materiał nagrywała więc za Atlantykiem. Stany Zjednoczone wypolerowały jej styl. Rozwrzeszczana na koncertach, na płycie "szczeka" mniej, choć - bez obaw - nie do końca złagodniała. Jest zła, niezadowolona i za nic ma, co myślą o niej inni. Bardzo egocentryczna w sferze tekstów, potrafi jednak mieć do siebie spory dystans ("Love Me Or Hate Me").
W muzyce Lady Sovereign znajdziemy sporo świeżości. Suchy, chwilami piskliwy głosik oraz angielski akcent wraz z tłustymi, "czarnymi" beatami tworzą ciekawą mieszankę. Całość, choć jak na debiut zaskakująco spójna, w pewnym momencie staje się, niestety, monotonna. Kilka utworów ("9 To 5", "Random") dowodzi niemniej, że artystka ma spory potencjał i szanse na tytuł żeńskiej odpowiedniczki Eminema.
Problem w tym, że Wielka Brytania obdarzyła świat kilkoma lepszymi raperkami. Lady Sovereigin nie jest aż tak soczysta i egzotyczna, jak M.I.A, ani tak przebojowa i eklektyczna, jak Ms. Dynamite. Jest jednak twarda, a że ma wysoko uniesione pięści, może jeszcze wiele zdziałać.
Anna Szymla



