Dwa lata temu „Disco Romance”, debiut nieśmiałej Szwedki zachwycił pół Europy. Nie tylko dlatego, że świat kocha cichych bohaterów, a Sally nie czuła się na siłach nawet do rozmów z wysłannikami mediów. Oniryczne piosnki wokalistki znikąd, napisane przez zaprzyjaźnionego z nią producenta Johana Agebjörna, broniły się aromatycznym połączeniem nordyckiego spleenu z tradycją italo disco i synth-popu.
Na nowym wydawnictwie Sally, wraz z przełamaniem producenckiego monopolu Agebjörna, ubyło nieco inspiracji taneczną włoszczyzną. Kilka pomysłów do wspólnego stołu przyniósł bowiem Roger Gunnarsson, współpracujący wcześniej z Cloettą Paris (słychać ją tu notabene w chórkach). To jego autorstwa jest bodaj najlepszy na płycie, eurobeatowy przebój „Save Your Love”, świetnie łączący nostalgię z żywiołowym bitem. W ucho wpadają także: pulsujący „Let It Show”, moroderowe w duchu „Moonlight Dance” oraz kojarzące się z A-Ha „Looking at the Stars”. Sama główna bohaterka nadal operuje nieśmiałym głosikiem, śpiewając mimochodem jak przy... myciu naczyń? Nieee, raczej jak przy pisaniu pamiętnika.
Wszystko jest więc na swoim miejscu, a jednak „My Guilty Pleasures” nie rusza jak „Disco Romance”. Czego zabrakło? Szlagierów – to raz. Po drugie zaś – elementu zaskoczenia, dzięki któremu debiut Sally wbił się w nurt dyskotekowego renesansu. Są jednak piosenki – tylko lub aż przyjemne.
Sebastian Rerak



