Idea nie jest nowa – instrumentalne hiphopowe pejzaże, oparte o pocięte pętle beatów i hipnotyczne, tajemnicze pady klawiszowe, funkcjonują w świecie muzyki od dobrych kilkunastu lat. Na pograniczu hip hopu i IDM narodził się osobny styl, w ramach którego odnotowano już parę niekwestionowanych osiągnięć. Drugi album ukrywającego się pod pseudonimem Flying Lotus Stevena Ellisona realizuje dobrze znane założenia tego nurtu – lekko rozchwiany puls perkusyjny, drobne fragmenty wokalne i masa świstów, trzasków, szelestów – odwołując się wprost do takich wykonawców jak Prefuse 73 czy Machine Drum. Padają też porównania do producenckich tricków Madliba. Ale chociaż Ellison świadomie wpisuje się w pewien kontekst, jego propozycja na pewno ma „własną tożsamość”. Bije od niej bowiem nostalgia, którą podano wedle doskonałych proporcji między liryką a eksperymentem. W uprawianej przez Flying Lotus estetyce dźwiękowego kolażu diabeł tkwi w starannie wykończonych szczegółach i właśnie one są największym atutem płyty „Los Angeles”, co gwarantuje głębokie doznania nawet po kilkudziesięciu przesłuchaniach.
Borys Dejnarowicz



