Gdy Jay-Z, ten potentat, zatroszczył się o fonograficzną przyszłość znanej wyłącznie wtajemniczonym brytyjskiej MC, Lady Sov automatycznie stała się nadzieją Wysp na międzykontynentalny sukces. Cenną, bo rynek amerykański zwykle pozostaje obojętny na ciała obce. Świetna prasa po debiutanckim „Public Warning”, środowiskowe głaski, bardzo dobrze przyjęta amerykańska trasa koncertowa - i tyle. Jakieś plotki o depresji, najpierw dementuje, potem przepada. Trzy lata po spektakularnym numerze jeden Lady Sovereign wraca nie tylko silniejsza refrenami, ale przede wszystkim – niezależna w byciu pop, bo to rozmiękczenie retoryki, którą teraz operuje, nie jest efektem lukratywnego kontraktu i kompromisem w imię zysków. „Jigsaw” nagrała, wyprodukowała i wydała sama, tym wiarygodniejsza wydaje się być estetyczna wolta, na którą tak prychają stróże ideałów (obciach i nuda). „Jigsaw” rezygnuje z ulicznego, grime’owego brzmienia na rzecz bogatszych, tanecznych podkładów (siedem bonusowych punktów za syntetyczny motyw z „Let’s Be Mates” – prywatny faworyt). Efektownie sampluje The Cure, przewrotnie zestawia wątki i inspiracje. Nośnymi tekstami o balangach, chłopakach, tarapatach i zawsze jednej butelce za dużo ustawia się tam, gdzie Lily Allen chciałaby być (choć muzycznie wciąż korzysta z trochę innych środków). Z Def Jam czy nie, tu czy tam, spłaca kredyt zaciągnięty pod „Love Me or Hate Me”, największy przebój debiutu. Macie gwiazdę.
Ocena internautów: (1 głosy)
Lady Sovereign
Jigsaw
Midget/Sonic
Ocena redakcji: 5
Gdy Jay-Z, ten potentat, zatroszczył się o fonograficzną przyszłość znanej wyłącznie wtajemniczonym brytyjskiej MC, Lady Sov automatycznie stała się nadzieją Wysp na międzykontynentalny sukces. Cenną, bo rynek amerykański zwykle pozostaje obojętny na ciała obce. Świetna prasa po debiutanckim „Public Warning”, środowiskowe głaski, bardzo dobrze przyjęta amerykańska trasa koncertowa - i tyle. Jakieś plotki o depresji, najpierw dementuje, potem przepada. Trzy lata po spektakularnym numerze jeden Lady Sovereign wraca nie tylko silniejsza refrenami, ale przede wszystkim – niezależna w byciu pop, bo to rozmiękczenie retoryki, którą teraz operuje, nie jest efektem lukratywnego kontraktu i kompromisem w imię zysków. „Jigsaw” nagrała, wyprodukowała i wydała sama, tym wiarygodniejsza wydaje się być estetyczna wolta, na którą tak prychają stróże ideałów (obciach i nuda). „Jigsaw” rezygnuje z ulicznego, grime’owego brzmienia na rzecz bogatszych, tanecznych podkładów (siedem bonusowych punktów za syntetyczny motyw z „Let’s Be Mates” – prywatny faworyt). Efektownie sampluje The Cure, przewrotnie zestawia wątki i inspiracje. Nośnymi tekstami o balangach, chłopakach, tarapatach i zawsze jednej butelce za dużo ustawia się tam, gdzie Lily Allen chciałaby być (choć muzycznie wciąż korzysta z trochę innych środków). Z Def Jam czy nie, tu czy tam, spłaca kredyt zaciągnięty pod „Love Me or Hate Me”, największy przebój debiutu. Macie gwiazdę.
Komentarze
-
2010-01-07 17:53 -
a i jeszcze jedno proponuje Pani Angelice puscic plyte Jigsam na caly regulator u siebie w domu i sluchac jej w kolko przez pare godzin. A tak prywatnie to moze twoja mama uczyla geografii w 12. pozdrawiam
-
2010-01-07 17:46 -
zastanawiam sie kto ocenia te plyty i czy w ogole ich slucha. plomienne komentarze z wykorzystaniem wielu pieknych slow to jeszcze nie wszystko. dla mnie w wiekszosci to przerost formy nad trescia. wiem ze o gustach sie nie dyskutuje ale ja na tej stronie spedzilem ladne pare tygodni i przesluchalem bardzo wiele komentowanych plyt. zaczynalem od sluchania tych z najwieksza liczba gwiazdek i co? wiekszosc 5 gwiazdkowcow to jakies 3 gwiazdkowce. te oceny redakcji przypominaja mi czasy liceum i dawania ocen za nazwisko..c.d.n.



