50 Cent to raper z gangu G-Unit, protegowany Dre i Eminema. Sami producenci sugerują zawartość albumu, a okładka tylko potwierdza przypuszczenia. Wytatuowany, muskularny 50 Cent olśniewa nas brylantami, plikiem banknotów i bronią, z której mierzy prosto w przeglądającego książeczkę, Bogu ducha winnego słuchacza. Do tego ten znamienny tytuł płyty... Teksty o ziomalskich rozgrywkach, kołowaniu hajsu i przestępczym życiu uzupełnia mroczna, ciężka, dość wolna, bogata w klawisze, smyki i organy muzyka. To wszystko razem składa się na dosć plastyczny obraz, rodem z „Ucieczki z Nowego Jorku” - strawny chyba tylko dla hardkorowców. Zadziwiający jest flow 50 Centa. Raper sprawia wrażenie nieco przestraszonego lub nieśmiałego i często spóźnia się w stosunku do mocnego, ciężkiego beatu. Za to za chwilę czaruje zaśpiewkami i przeciąganiem samogłosek. Prawie w każdym utworze śpiewa też refren i przyznać trzeba, że wychodzi mu to całkiem nieźle. Choć jednocześnie jest to wokal celowo brudny i amatorski... Wśród gości słyszymy Eminema (porzucił swój głupkowaty styl na rzecz ciężkiego i poważnego rymowania), Nate Dogg’a, Lloyda Banksa oraz dwóch kolesi z G-Unit (szczególnie Young Buck ma tu mistrzowskie wejścia w „Blood Hound”). Produkcją, oprócz Dre i Eminema, zajęli się też Rockwilder (fajny patent z przejściówkami, zresztą co tu się dziwić...), Dirty Swift (jedyna balladka o miłości z Nate Dogg’iem), Sha Money i wielu innych. Charakterystyczne dla tego typu albumów są także oryginalne podbicia (tu np.: szczekanie z całą pewnością nie pochodzące od psa;)) oraz sample w tle (np. w „Heat” są to odgłosy hamowania auta, policyjnej syreny, helikoptera i ładowanej broni).
Problemem materiału jest jednak mimo wszystko jego jednorodność oraz... długość. Ciężki styl i „twarda” tematyka sprawiają, że po 19 kawałkach z pewnością trzeba odpocząć.
DF



