Ja u bukmachera nie byłem, i dobrze, bo bym sporo stracił. Na „Fantasy Ride” niby do niczego nie można się przyczepić, aczkolwiek każdy jego element fani tej stylistyki słyszeli już wcześniej w lepszym wydaniu – z ciekawszymi (i odważniejszymi) rozwiązaniami brzmieniowymi, z błyskotliwszymi refrenami, z trafniejszymi pomysłami tekstowymi. To niestety zachowawcza kolekcja odpadów z patentów, które dominowały w mainstreamowym hip hopie mijającej dekady. Praktycznie przy każdym kawałku łatwo wskazać źródłowego odpowiednika sprzed paru lat. Jasne, wokal Ciary jak zawsze uwodzi słodyczą godną gorącej czekolady z bitą śmietaną, a parę numerów przyśpiesza bicie serca (jak kuszący erotyczną obietnicą singiel „Love Sex Magic” czy romantyczny „I Don’t Remember”), więc poniżej pewnego poziomu (który określiłbym jako „przyzwoity”, „solidny” czy nawet „dobry”) krążek ten nie schodzi. Ale zestawiwszy „Fantasy Ride” z niedawnymi premierami The Dreama czy Ryana Leslie, czuję niedosyt. Nawet fikcyjna postać „Super C” (taka Superman w spódniczce, która miała promować wydawnictwo) i cały koncept podzielenia materiału na segmenty tematyczno-estetyczne chyba nie wypaliły. Trudno, w kategorii r&b/pop muszę teraz przenieść swoje nadzieje na Cassie i Nicole Scherzinger. Chociaż z drugiej strony, może to wszystko moja wina, bo za dużo sobie wyobrażałem, może za wysoko ustawiłem poprzeczkę, może niepotrzebnie oczekiwałem cudów, może...
Borys Dejnarowicz



