To nie jest w żadnym wypadku najlepsza płyta Snoopa w karierze (ach, niezapomniane czasy Doggystyle), ale słucha się jej z niekłamaną przyjemnością.
Począwszy od rozpoczynającego szlagieru „Press Play”, który wyszedł spod bitmaszyny DJ’a Quika, jesteśmy na „Ego Trippin’” świadkami prawdziwej hiphopowej odysei. Od klasycznych dla Snoopa g-funkowych klimatów, przez nowoczesne bangery autorstwa The Neptunes czy Kheo, funkujące, leniwie płynące ciepłe kompozycje, aż po wygrzewkowe brzmienia w stylu singlowego „Sexual Eruption”, czyli ukłonu w stronę Funkadelic/Parliament z początku lat 80.
Trwający blisko 80 minut krążek nieprzerwanie zaskakuje. To swoisty manifestu spełnionego artysty, który w nosie ma wszelkie szufladki i stawia na zabawę oraz różnorodność. To się tyczy tak muzyki, jak i warstwy tekstowej, która zaskakuje podwójnie – na „Ego Trippin’” mamy zarówno niezwykle szczere, autobiograficzne wywody, hedonistyczne wyznania, troskę o los czarnoskórej społeczności, jak i niemal pantoflarskie wyznania miłości i stałości w uczuciach.
Bogactwo „Ego Trippin’” zachwyca, ale też – paradoksalnie – stanowi jego największą bolączkę. Równość materiału w tym wypadku polega na tym, że każdy kawałek z osobna trzyma wysoki poziom. To hip hop niezwykle ciekawy, intrygujący, na zmianę zabawowy i refleksyjny. Zabrakło w nim jednak jakiegoś punktu wspólnego, łączącego początek płyty z jej końcem. Lepiej się jej słucha już na wstępie włączając „shuffle”.
Calak



