Debiut School of Seven Bells to kolejny przyczynek do – jak dla mnie dość smutnego – trendu, który nazwać należałoby chyba post-shoegaze’owym dream popem. Znaczną część płyty wypełniają rzewne, rozwodnione pieśni – niczym My Bloody Valentine dla ubogich. Niestety, autorzy „Alpinisms” nawet nie ocierają się o wizjonerstwo Kevina Shieldsa, stać ich jedynie na tanie powielanie patentów jego formacji. Co więcej, nie mniej bezczelnie zrzynają z innych legend tamtej epoki – melancholijne melodie, chłodny klimat, rozmazane instrumentalne faktury – wszystko to przywołuje aurę kilku czołowych wykonawców ze złotych lat 4AD – od Dead Can Dance po This Mortail Coil. Nieco zaskakuje wyraźnie przywołujący ducha krautrocka utwór „Sempiternal/Amaranth”. Być może jakiś oddany i sentymentalny fan wspomnianych klimatów złapie się na haczyk „Alpinisms”. Przede wszystkim jednak płytę łykną niezorientowani w historii młodzi odbiorcy – sukces innych, sięgających do podobnych źródeł artystów, choćby M83 to potwierdza. I choć na jego tle School of Seven Bells wypada nieźle, dla mnie to wciąż popłuczyny.
Łukasz Iwasiński



