Kilkanaście ostatnich miesięcy to nie był zbyt pozytywny czas dla Westa. Śmierć matki, rozstanie z narzeczoną, kłopoty z natrętnymi dziennikarzami – w efekcie (i trudno się dziwić) – czołowy gwiazdor hip hopu popadł w poważną depresję. Czwarty album w jego dyskografii wyrósł z tego życiowego zakrętu, a artysta zdecydował się na zabieg właściwy raczej środowiskom emo niż rapowym – otworzył się przed odbiorcą niemal stuprocentowo. Ten terapeutyczny aspekt płyty to jej najważniejszy wymiar, który decyduje, że to w dorobku Kanye pozycja wyjątkowa, zupełnie różna w klimacie od „szkolnej” trylogii. Ale też, być może ze względu na odważne kroki stylistyczne, chyba najmniej udana.
Jak wiadomo, Kanye zdobył sławę dzięki fantastycznym umiejętnościom wykorzystywania sampli, zwłaszcza wokalnych. To jego „podpis” producencki i trick, po którym zawsze można było rozpoznać charakterystyczny podkład, nawet u innych wykonawców (choćby u Jaya-Z czy Commona). Na „808s And Heartbreak” ten element jest jednak nieobecny - zastąpiły go rozlazłe synth-popowe bity okraszone obowiązkowo przetworzonym przez efekt „auto-tune” śpiewem (nawijek na płycie tyle co kot napłakał). Niestety, bez sampli i rapu West okazał się nieco nagi – chwilami utwory brzmią jak szkice, którym brakuje kolorów. Nie ulega wątpliwości, że ten zabieg był celowy – chodziło o uzyskanie odpowiedniej przestrzeni i „powietrza” w miksie, co świetnie oddawałoby wszechobecną w tekstach samotność. Lecz zabrakło na tyle silnego materiału, żeby uwiarygodnić tak radykalną zmianę brzmienia.
Nie brakuje tu oczywiście zadatków na świetne kawałki. Już otwierający całość, dramatycznie liryczny „Say You Will” świetnie kontrastuje chóralne organy z pikającym syntezatorem i fortepianem. Zostajemy wciągnięci w świat szczerej introspekcji twórcy i przy odpowiednim nastroju można naprawdę się zasmucić. Kapitalnie spisuje się „Paranoid”, ze sprytnie rozpędzonym, motorycznym motywem przewodnim. Twardy bit i cięte smyki „Robocop” też przykuwają uwagę. Ale pozostałe fragmenty zlewają się trochę w jedną magmę, która nie ma wyraźnego kształtu i na dłuższą metę zwyczajnie nuży. Respekt dla Kanye za odwagę i chęć odkrywania dla siebie nowego miejsca na muzycznej scenie. Pozostaje tylko trzymać kciuki, by następnym razem odkrył jeszcze lepiej.
Borys Dejnarowicz



